Targi w praktyce, czyli jak przetrwać sprzedając swoje prace

Slow Fashion, Mustache, Hush, Grand Bazar, Wzory i wiele innych – o tych wydarzeniach słyszał chyba każdy, kto choć trochę interesuje się modą lub wzornictwem autorskim. Targi „młodych polskich projektantów” stały się bardzo popularne – do tego stopnia, że prawie co weekend w Warszawie coś się dzieje, nie wspominając o innych miastach. Na atmosferę danych targów wpływa wiele czynników, a o każdym z trzech podstawowych składników – organizatorach, projektantach i klientach można by napisać odrębne artykuły. Dlatego na początek skupię się na własnej perspektywie – perspektywie projektanta, który osiem lat temu zdecydował się sprzedawać swoje prace. Jestem więc obecnie targowym dinozaurem 🙂

slov targi

Zacznę od tego, że kiedy zaczęłam pracować nad biżuterią, zupełnie nie myślałam o jej sprzedawaniu. Robiłam ją dla siebie, dla przyjemności, w ramach eksperymentów z technikami. Dopiero kiedy byłam już na czwartym roku studiów i miałam na koncie wiele różnorodnych prac (wyroby ze srebra, miedzi i mosiądzu, emalie, pierwsze prototypowe prace z talerzy i prace z „nowej” porcelany, czyli rzeźbione i wypalane), ktoś na uczelni powiedział mi: „przecież powinnaś to sprzedawać na naszym Targowisku Sztuki”! Targowiska Sztuki, czyli targi studentów i absolwentów warszawskiej ASP były wówczas organizowane co miesiąc w głównym budynku uczelni (później przeniesione do Arkad Kubickiego). Uznałam, że pomysł jest nienajgorszy i w końcu zdecydowałam się wziąć udział w edycji styczniowej w 2010 r.

Jak to wtedy wyglądało? Zapisy – brak. Kto pierwszy ten lepszy. Opłata za stoisko – też brak (to były czasy!). Organizacja miejsca – również brak („będziesz musiała sobie znaleźć jakąś ławkę”). Spakowałam więc swoje prace do pudełka, przykleiłam ceny (szok – pierwszy raz musiałam swoje prace wycenić!). Wizytówek nie miałam, chyba nawet o nich nie pomyślałam, w charakterze opakowań wzięłam zwykłe koperty. Na niedzielne Targowisko przyjechałam spóźniona, zmęczona po imprezie. Na miejscu wszyscy już zdążyli rozstawić swoje obrazy, rzeźby i grafiki, na pytanie o organizatora robili duże oczy. „Nigdzie się już raczej nie wciśniesz”. „A gdzie masz swoje prace?” „Tutaj” – mówię wskazując na niewielką torbę. „Jak to?”, „To tylko biżuteria…”, ”OK., to chodź, dam Ci kawałek ławki” – odpowiedziała dziewczyna. Kawałek szkolnej ławki przykryłam własnym różowym szalikiem (nie pomyślałam wcześniej o żadnej tkaninie), usiadłam i po tym, jak przez pół godziny schodził ze mnie stres, byłam gotowa na pierwsze zetknięcie moich prac z klientem (chociaż gotowa to chyba jednak za dużo powiedziane). Poszło w miarę gładko: sprzedałam kilka prac, zarobiłam ok. 200 zł. Byłam niezwykle podbudowana i niezwykle zmęczona.

Na kolejne Targowisko, już w Arkadach Kubickiego, przyjechałam punktualnie, wypoczęta i wyposażona w drukowane w domu wizytówki. Zaczęłam regularnie brać udział w targowiskach i szukać podobnych imprez w Warszawie. Niestety, w owym czasie po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „targi rękodzieła” nie wyświetlało się absolutnie NIC. Drogą pantoflową dowiadywałam się o kameralnych imprezach w Jadłodajni Filozoficznej, Centralnym Basenie Artystycznym legendarnym klubie 1500 m do wynajęcia, czasem gdzieś na Pradze. Organizator zapewniał dla wystawców stoły i krzesła, a tam, gdzie nie zapewniał jeździłam z suszarką na ubrania, którą przykrywałam kartonem i tkaniną 🙂 Opłata za stoisko wynosiła wtedy maksymalnie ok. 30-40 zł, nieco droższe były Ściegi Ręczne (obecnie Hush Warsaw), gdzie stół kosztował 90 zł. Pamiętam, jak dostałam od nich pierwszy raz zaproszenie do udziału i to 90 zł wydawało mi się niezwykle ogromną inwestycją. Postanowiłam zaryzykować (żyłka przedsiębiorcy?) i wzięłam udział pierwszy raz w Ściegach, które miały miejsce w marcu 2011 roku w klubie Solec 44. Wystawcy zrobili na mnie ogromne wrażenie – sprzedawać na tych samych targach na równi z Czachorem, Mamapiki czy Pan Tu Nie Stał to było coś! Organizatorzy (a właściwie organizatorki) również mnie nie zawiodły, bo do wówczas jeszcze nieznanego, ukrytego za budką z kebabem lokalu sprowadziły niesamowitą ilość kupujących. Obecnie koszt rzędu 300 zł za jeden dzień za najmniejsze stoisko to norma, a nadal znajdują się klienci ze szczerym zdziwieniem pytający: „to wy za to płacicie?”.

slov targi

Mimo powyższych trudności i rosnących cen, brałam udział w ogromnej ilości targów (co więcej, nadal planuję!). Były to imprezy organizowane w przeróżnych miejscach: w klubach, w których czuć było jeszcze atmosferę całonocnej imprezy, w plenerze – niezależnie od pogody, w centrach handlowych, w dawnych fabrykach, eleganckich hotelach, halach sportowych, kameralnych restauracjach. Czy jest to przyjemny sposób na weekend czy ciężka praca? Wszystko zależy od podejścia. Jeśli dla kogoś firma jest tylko sposobem na realizację pasji, ma na ogół dużo luźniejsze podejście od kogoś, kto traktuje swoją działalność i udział w targach jak regularną pracę. Targi najczęściej odbywają się w weekendy, trwają około ośmiu godzin, przez jeden lub dwa dni. Dobrze jest przyjechać wcześniej (czasem organizator udostępnia przestrzeń nawet dzień wcześniej), żeby rozstawić stoisko, jednak spóźnialskich nie brakuje. Przydałoby się znaleźć miejsce do parkowania, co często graniczy z cudem, bo przecież każdy wystawca chce zaparkować pod samymi drzwiami. Następnie odnaleźć swój fragment podłogi wyznaczony taśmą malarską lub narysowany kredą. Niestety nawet mapka od organizatora i wyznaczone precyzyjnie wielkości stoisk nie zawsze gwarantują, że miejsce dla nas będzie, bo zdarzają się wystawcy, którzy i tak próbują ustawić swoje stoiska tam, gdzie im się podoba. Tak było w moim przypadku na targach znanego organizatora w Poznaniu, gdzie na miejscu okazało się, że z mapki zniknęła w ogóle moja marka, na moim stoisku ktoś rozstawił ogromny box, a organizator zaproponował mi „równie atrakcyjne” miejsce w korytarzu. Pamiętam również organizowane swojego czasu targi w znanym klubie na warszawskim Powiślu, gdzie należało się ustawić w kolejce przed otwarciem, np. stać na mrozie (jak w oczekiwaniu na wpuszczenie do przychodni) i dopiero po otwarciu zająć dowolnie wybrane miejsca (kto pierwszy ten lepszy). Jeśli jednak miejsce mamy i nikt na nim nie stoi – jest dobrze! Można zacząć ustawiać swoje rzeczy. Dziś rzadko kiedy organizator zapewnia stoły i krzesła, jeśli tak to za dodatkową opłatą. Dlatego najprawdopodobniej dźwigamy na sobie kilka nieporęcznych mebli i torby z towarem. Moje stoisko jest dosyć poręczne, więc nigdy nie musiałam korzystać z wind towarowych, zawsze tylko współczułam wystawcom tłoczącym się w kolejkach do takich wind. Ważnym etapem w przygotowaniach do targów jest podłączenie prądu. Organizator czasem pomaga zapewniając kilka rozgałęziaczy, najczęściej trzeba jednak zadbać o to we własnym zakresie, co skutkuje tym, że uczestnicy tworzą niezwykłe konstelacje kabli i przedłużaczy, aż czekam na moment, kiedy w końcu spektakularnie wysiądą korki. Kiedy targi się zaczynają, warto zapoznać się z sąsiadami. Najczęściej są to przemili ludzie, z ogromną pasją wykonujący swoje prace i z ogromnym zaangażowaniem prezentujący je klientom. Przygotuj się jednak na to, czasem trafi się sąsiad, który będzie chciał powiększyć swoje stoisko kosztem twojego, zniknie na pół dnia, albo po prostu się z nim nie dogadasz. Podobnie z klientami – większość to oczywiście pasjonaci mody i biżuterii, znający się na wzornictwie, chętnie oglądający, chwalący twoje produkty i zostawiający u ciebie połowę swojej pensji. Niestety po za tym bywa bardzo różnie, wśród wystawców ukuliśmy już terminy takie jak „klient-macacz”, „klient-apacz”, klient targujący się, klient awanturujący się. Każdy z nich jest lepszy od najnowszego gatunku – klienta przychodzącego na targi, przechodzącego jednak pomiędzy stoiskami bez najmniejszego zainteresowania. Ludzie przychodzą na wydarzenie modowe by pospacerować z psem, przejść się z wózkiem, lub w najlepszym wypadku napić się naturalnej lemoniady z któregoś ze stoisk gastronomicznych. Do czynników „umilających” targi należą jeszcze: głośna muzyka uniemożliwiająca rozmowę, niekorzystne warunki termiczne – najczęściej zimno, chociaż gorąco też się zdarza np. w dawnych halach fabrycznych. A cały wysiłek po to, żeby klient mógł wziąć wizytówkę i zapytać: „a czy można przez Internet?” 🙂

slov targi

Niezależnie od wszystkiego, bardzo lubię targi. Bezpośredni kontakt z klientem i innymi wystawcami daje niezwykłą energię, okazję do nawiązania nowych kontaktów i wymiany doświadczeń. W następnym tekście opowiem Wam jak przetrwałam na stoisku całe 23 dni pod rząd!

X
Przeczytaj poprzedni wpis:
SLOV-makatka
Makatka kuchenna

Jeszcze w połowie ubiegłego wieku wszechobecna w dekoracjach pomieszczeń kuchennych...

Zamknij