Nurt designer-maker wkracza do Polski

Uważni czytelnicy magazynów typu Monocle, Kinfolk czy rodzimego Zwykłego Życia z łatwością potwierdzą: żaden z numerów nie byłby kompletny bez materiału o sylwetce kolejnego twórcy-wytwórcy, mikro-przedsiębiorcy sprzedającego pracę swoich rąk. Czy to wymyślony na siłę dziennikarski format mający podbijać czytelnictwo? Czy moda na bycie rzemieślnikiem jest rodzajem oporu przed masową konsumpcją? Prawda zwykle leży gdzieś po środku. W tym wypadku leży i po środku i zupełnie gdzie indziej.

W filmie Jarmuscha „Tylko kochankowie przeżyją” tytułowi bohaterowie żyją otoczeni stosami starych książek, kolekcjonują analogowe instrumenty muzyczne, a po domu przechadzają się w ręcznie haftowanych szatach. Większość akcji toczy się w Detroit, symbolu upadku epoki industrialnej. Jeszcze sto lat temu było to miasto przyszłości. Widok dworca Michigan Central zapierał dech w piersiach: jego wnętrza przypominały neoklasycystyczną świątynię z korynckimi kolumnami, rzeźbionymi sztukateriami i posadzką z walijskiego marmuru. Nad dworcem wznosił się trzynastopiętrowy wieżowiec. Dziś kompleks stoi pusty. Skalę minionego przepychu publicznych budynków Detroit skromnie zasygnalizował Jarmusch, kręcąc jedną ze scen w opuszczonym teatrze. Takiego sklepienia nie powstydziłaby się żadna włoska opera. Dziś znajduje się tam parking…

Jarmusch traktuje krajobraz opuszczonego miasta metaforycznie. Jego pustka jest tym wymowniejsza im bardziej wczujemy się w dekadencję głównych bohaterów-kolekcjonerów ręcznie tworzonych przedmiotów. Niewrażliwi na otoczenie, egzystują w skomponowanym przez siebie świecie do tego stopnia, że właściwie nie wychodzą z domu. To przejaskrawiona sytuacja, ale uchwycone w filmie poczucie wyobcowania i dryfowania jest całkiem prawdziwe. To w końcu w Detroit powstały pierwsze miejskie ogrody, dziś tak modne na Zachodzie Europy, z której z kolei dotarły rok temu do Polski. Powstały m.in. jako próba nawiązania nowych relacji międzyludzkich i zbudowania poczucia celu (o czym opowiada zgrabnie dokument „After the factory” z 2012 roku). Chodziło też o to, aby nauczyć się czegoś od podstaw, przejść cały proces tworzenia (hodowania). Eksperyment się powiódł, więzi zostały zbudowane, a poczucie własnej wartości zdecydowanie wzrosło.

slov designer-maker

Podobne problemy natury egzystencjalnej – choć na dużo mniejszą skalę – dotyczą wielu osób na całym świecie. Dowodem na to jest m.in. rozwijający się trend w świecie designu zwany z angielska „designer-maker”. Jego entuzjaści i członkowie zarazem, to najczęściej byli pracownicy korporacji lub freelancerzy, którzy „uciekli” w pracę rąk: uczą się od podstaw stolarstwa, kowalstwa, kaletnictwa czy szycia. Designer-maker jest to osoba, która wytwarza sama to, co projektuje. Nie korzysta z półproduktów ani pośredników (chyba, że to naprawdę niezbędne), a przedmiot lub usługa który sprzedaje powstał ręcznie, z wykorzystaniem wiedzy rzemieślniczej, wedle jej pomysłu. Taka definicja od razu narzuca konkretne ograniczenia: przedmiot zwykle wykonuje jedna osoba, a nawet jeśli robi to kilka osób, to muszą w jakiś sposób uczestniczyć w każdym z etapów powstawania przedmiotu. Jeśli dzielą się pracą, to stają się manufakturą, rośnie skala ich możliwości produkcyjnych i są o krok od dołączenia do ogólnie panującego modelu produkcji. Prawdziwi design-makerzy stawiają na jednostkowość lub bardzo małe serie. Nawet jeśli kilka razy robią to samo, to jednak każdy obiekt jest nieco inny.

Nurt designer-maker nie jest tylko wynikiem dekadencji związanej z przesileniem epoki, w której żyjemy. Wielu ludzi uważa, że rzemiosło to realizowanie z góry przyjętego projektu lub idei – czegoś co już istnieje w głowie projektanta lub na kartce papieru. Ale bycie wytwórcą (maker) to przede wszystkim zupełnie nowy, bo aktywny – sposób działania i myślenia. Czasem praca z materiałem może się odbywać bez żadnego z góry założonego efektu końcowego. To właśnie ten rodzaj wolności w działaniu pociąga eks-korpo pracowników do pracy w rzemiośle. Designer-maker może sobie też pozwolić na improwizacje pod warunkiem, że zna materię w której tworzy. Oto druga strona medalu tego nurtu: połączenie swobody i rygoru podążania za materiałem. W takich warunkach rodzi się dziś innowacyjność!

W 2011 roku londyńskie Victoria&Albert Museum pokazało wystawę „Power of making”. Był to eklektyczny wybór ponad 100 znakomicie wykonanych przedmiotów, od naturalnej wielkości szydełkowego niedźwiedzia po ceramiczną opaskę na oko, cienki metalowy flet czy kamienny mur. Ekspozycja była gabinetem osobliwości prezentującym prace zarówno amatorów, jak i czołowych twórców z całego świata. Przedmioty miały uchwycić sens tego co oznacza bycie twórcą (makerem) w naszych czasach. Jako dodatek powstało kilka kilkunastominutowych filmów dokumentujących produkcję wybranych przedmiotów z wystawy. W ten sposób odwiedzający mogli przenieść się do pracowni ceramika, szewca czy twórcy fletów.

Ważnym elementem filmów były oczywiście zbliżenia na sprzęty, które na co dzień towarzyszą makerom. Wspomniany wcześniej rygor w rzemiośle ma całe zaplecze w postaci specjalistycznych narzędzi i przyrządów. Fotografowane i reprodukowane w kolorowych magazynach i coffee-table bookach roztaczają aurę tajemniczości wokół twórców-wytwórców. Czasy post-industrialne fetyszyzują pracę ludzkich rąk, a duże marki wykorzystują romantyczne tęsknoty i aspiracje posiadania wyjątkowych przedmiotów – w ramach swoich kampanii wizerunkowych. Jednym z przykładów jest kampania Levis’a z tego roku. Firma zaprosiła polskiego artystę Roberta Kutę żeby przez kilka tygodni ozdabiał jeansowe kurtki ręcznie malowanymi wzorami ze swoich obrazów.

slov designer-maker

Podczas gdy w Ameryce powstają całe portale i fora internetowe poświęcone designer-maker, w Polsce przedstawicieli nurtu twórców-wytwórców jest póki co, dosłownie kilku. Pozytywną stroną tej sytuacji jest fakt, że najczęściej się po prostu między sobą znają. Mamy więc na przykład: Aleksandra Onischa – twórcę mebli w stylistyce współczesnego modernizmu, kolektyw This is paper – wydający m.in. magazyn, Agnieszkę Prus – wytwarzającą buty czy Maćka Gąsienicę-Giewonta – pracującego w kowalstwie.

Kant mawiał, że „dłoń jest oknem umysłu”. Tylko poprzez czynną pracę, ponoszenie porażek i osiąganie sukcesów jesteśmy w stanie coś naprawdę pojąć. W nurcie designer-maker nie chodzi więc o to, aby – wzorem pism późnego Ruskina, miłośnika słynnego ruchu Arts&Crafts – rozstrzygać, które przedmioty są lepsze: te wytwarzane ręcznie czy powstałe mechanicznie. Chodzi raczej o prostą konstatację, że rzemieślnicze podejście do pracy jest najkrótszą drogą do poczucia wewnętrznego spełnienia.

X
Przeczytaj poprzedni wpis:
slov diy
SLOV DIY: 15 projektów na adresowanie prezentu

15 pomysłów na etykiety do prezentów świątecznych Proste, efektowne pomysły....

Zamknij